Avalon » Publicystyka » Artykuł

It's Morphin Time #10 Beyond the Grid



Tekst zawiera spoilery z serii Mighty Morphin Power Rangers #31-39 

Kiedy ostatnio przyglądaliśmy się serii Mighty Morphin Power Rangers od BOOM! Studios końca dobiegał właśnie szumnie wyczekiwany Shattered Grid. Choć jego finał ostatecznie miał przywrócić świat na właściwe tory, a my wyczekiwaliśmy tajemniczych różnic jakie miały się pojawić, akcja została zawieszona, a my przenieśliśmy się poza znaną przestrzeń i czas. Tak oto Rangerzy na pokładzie Promethea znaleźli się w śmiertelnie niebezpiecznym miejscu, oddzieleni od nieskończonych pokładów swoich mocy, zdani tylko na siebie, rozpoczynają rozpaczliwą walkę o przetrwanie i ucieczkę do domu. Nigdzie indziej niespotykana drużyna zmierzy się z tajemniczym niebezpieczeństwem, pozna nowych sojuszników, a my staniemy przed próbą oceny tej przedziwnej historii. Przed nami Beyond the Grid.


Zacznijmy od przybliżenia sylwetek głównych bohaterów tej historii, skupiając się najpierw na tych, którzy pociągają za sznurki w tym komiksie. Marguerite Bennett odpowiadająca za scenariusz kreśli dla nas przejmującą opowieść o przyjaźni i przetrwaniu. Scenarzystka znana może nam być z prac nad postacią Angeli w uniwersum Marvela, jej nazwisko przewija się w aż trzech seriach z tą bohaterką. Towarzyszący jej Simon Di Meo rysuje ładnie, z bajkowym wręcz zacięciem, jak dla mnie jednak w wielu miejscach epicki rozmach historii przytłacza czytelność komiksu i nawet po wielu latach doświadczeń z tym źródłem rozrywki, łapałem się za głowę i starałem się dojść do tego, co się tak właściwie tutaj dzieje, a dzieje się bardzo dużo. Co zaskakujące, bo wydawało się na początku, że tutaj nic nie ma. Chociaż odrobina chaosu przebijała się na panelach już w zeszycie #31, od którego zaczniemy.

Power Rangers otoczeni są nieznanym, pustym światem, który jest im obcy i na domiar złego odcięty od centrum mocy. Świat ten znajduje się poza wszelkim czasem i przestrzenią, a bohaterowie nie tylko nie wiedzą czy uda się im wydostać z tego miejsca, ale też co czeka ich po drugiej stronie. Kiedy uciekali w nicość Drakkon właśnie odnosił przecież zwycięstwo. Od tamtego dnia minęły już cztery tygodnie. Pierwsze strony komiksu to też walka o przetrwanie, wzajemne ratowanie się z opresji, typowej kosmicznej niemocy i pustki. Na myśl przychodzi tutaj znane powiedzenie z Obcego – w kosmosie nikt nie usłyszy twojego krzyku.

W tym punkcie opowieści poznajemy też nową drużynę Power Rangers. Jest skład jest nie tylko nietypowy, bo poszczególni bohaterowie pochodzą z różnych serii, ale przede wszystkim bardzo atrakcyjny dla czytelnika. Wybrano nie tylko ulubieńców publiczności, ale też postacie z intrygującymi historiami, które jeszcze przed rozpoczęciem przygody posiadały wiele wymiarów. Zdecydowanie nikt w tej kolorowej bandzie nie znalazł się przypadkiem. Cameron Watanabe to zielony Ranger, który debiutował w serii Ninja Storm. Androsa poznaliśmy w serii In Space, w której jako czerwony wojownik prowadził rangerów do zwycięstwa. W trakcie samego Shattered Grid odzyskał on siostrę, która w jego rzeczywistości wciąż stoi po stronie złoczyńców. Heckyl pochodzący z Dino Charge, to bohater z mroczną i zakręconą historią na tyle, że Beyond the Grid poświeci mu cały zeszyt, ale o tym w odpowiednim czasie. Tanya Sloan z kolei to żółta Zeo Rangerka, nazywana przez towarzyszy uzdrowicielem. Pozostała dwójka to Mike Corbett znany lepiej jako Magna Defender odgrywający ważna role w serii Lost Galaxy, oraz przywódczyni drużyny - Kimberly Ann Hart, różowa wojowniczka, ale ta z świata Drakkona, którą lepiej poznaliśmy podczas lektury GO GO Power Rangers od BOOM! Studios. Pozostali albo nie mają już dostępu do swoich niezwykłych mocy, albo z innych powodów nie są zdolni do dalszej walki. Świat odcięty od źródła mocy narzuca na naszych bohaterów jeszcze jedno ograniczenie. Zostało im mocy zaledwie na kilka przemian. Zegar cały czas tyka, a z pustej pozornie przestrzeni dobiega sygnał, który drużyna musi sprawdzić. Kolejne wydarzenia, na czele z świetnie przeprowadzoną sceną transformacji, przebiegają w błyskawicznym tempie. Wojownicy wpadają w pułapkę, na pokładzie Promethea pojawia się tajemniczy fioletowy ranger, a nowo powstała drużyna zostaje pozbawiona mocy. Gdyby nie ten chaos na niektórych panelach byłby to idealny wstęp do kosmicznej opowieści.

  

Czas nie zwalnia w kolejnym zeszycie, ale trwająca walka o przetrwanie na dwóch frontach przynosi nam jednocześnie garść informacji i zaciśnięcie więzi w drużynie. Bestie z którymi mierzą się bohaterowie odwołują się do tajemniczej postaci zwanej Praetorem, a fioletowa wojowniczka wydaje się nie być jedną z nich. Pusty od czterech tygodni świat zaczyna powoli tętnić życiem, choć nie napawa ono optymizmem naszych ulubieńców. Pojawia się jednak promyk nadziei. Skoro fioletowy ranger posiada dostęp do mocy, może uda się znaleźć sposób na powrót do domu.

Tożsamość nowej wojowniczki nie jest przed nami ukrywana zbyt długo. Nazywa się ona Ellarien, zwana przez przyjaciółkę Ari, to młoda dziewczyna dzierżąca potężny artefakt Solarix, który umożliwia jej transformację. Sama przemiana natomiast wydaje się niestabilna. Skoro już o przyjaciółce wspomnieliśmy, Remi to wesoła kosmitka, a obie dziewczyny dbają o siebie i niemal od razu wzbudzają naszą sympatię. Nasi bohaterowie przerywają tę pogawędkę, a z kolei ich przybycie zakłócone zostaje przez pojawienie się sługusów Praetora. Wszyscy są już w zbrojach i w myśl „wróg mojego wroga…” rozpoczyna się efektowne starcie. Wojownikom udaje się przepędzić napastników, ale ich prośba oddania im artefaktu kończy się na odmowie. Empatia jaką wykazują się wobec Ari bohaterowie sprawia jednak, że dziewczyny postanawiają się do nich przyłączyć. Nam z kolei zostaje zaprezentowany główny antagonista tej przygody. Zasiadający na tronie Praetor, choć ogromny i potężny nie ma jednak możliwości powtórzenia pierwszego wrażenia jakie wywołał na mnie Drakkon. Dzierżona potęga jak widać nie świadczy o poziomie antagonisty.

Kolejny zeszyt poświęcony jest historii Ellarien, która dopełnia obraz nie tylko samej postaci, czy istoty artefaktu jakim jest Solarix. Wypełnia życiem świat, w którym znaleźli się nasi bohaterowie. Nabiera sensu jej niespodziewany atak na Promethea. Naturalnie wypada tutaj dialog Power Rangers z fioletową wojowniczką, a relacje między samymi bohaterami wychodzą swobodnie. Praetor też zostaje poniekąd obnażony przed czytelnikiem, jako typowy niszczyciel i zdobywca, który tropi potężny artefakt. Podoba mi się bardzo wyjaśnienie niestabilności przemiany Ari, archetypy, które powodują widoczne drżenie odzwierciedlają się w szóstce kolorowych rangerów. Jak widać nikt nie jest doskonały. Kim zwraca uwagę Ellarien na jeszcze jeden ważny aspekt bycia rangerem. Wierzy, że niestabilna przemiana brała się u niej przede wszystkim z samotności w prowadzonej walce. Bohaterowie postanawiają zabrać Ari na pokład Promethea, w trakcie powrotu pojawia się przed nimi potężna flota, nad którą jawi się awatar Praetora. Składa on propozycję odesłania wszystkich do ich świata w zamian za Solarix. Pozbawieni możliwości kolejnej przemiany, oraz dostępu do Zordów Power Rangers mogą zrobić tylko jedno. Odmówić po bohatersku propozycji i stanąć do nierównej walki. Ellarien oczywiście ładuje w podzięce ich morphery przy pomocy Solarix. Jest dramatycznie, ale też czarno-biało. Mam nadzieję, że autorka sięgnie głębiej w bohaterów i wyciągnie z kosmicznej opowieści nieco więcej pazura.

  

Starcie nie rozpoczyna się od razu. Wojownicy skanują okolicę w poszukiwaniu źródła mocy, tylko po to, żeby zlokalizować je w artefakcie. Nasuwa się wniosek, ze jest on częścią mocy samej w sobie, co prowadzi do ciekawych rozważań. Za oknem czeka wciąż flota i nie powinniśmy zbyt długo ignorować jej istnienia. Rangerzy wskakują w astralne wersje swoich Zordów i ruszają do natarcia. Praetor walczy z nimi przy pomocy swojego umysłu, wywlekając przed każdego Rangera jego obawy, strach i słabości. Zasiewa ziarno niepewności, żeby zaraz potem wystrzelać bohaterów nie bacząc na rannych żołnierzy. Bo gdzieś tam w tle jest kosmiczna bitwa, zepchnięta na odrobinę zbyt odległy plan. Na szczęście rangerzy wciąż świetnie się uzupełniają, walka nabiera dramatycznego napięcia, nawet mech Grace ma swoje pięć minut w tej bitwie. Pojawia się poświęcenie, motywacja i uwypuklone zostają uczucia przecinające ze sobą różne serie Power Rangers. Ellarien zostaje przywitana na statku Promethea, zaatakowana przez nią wcześniej Karone wyciąga do niej rękę. Podobnie swoje łapy w stronę statku wyciąga Praetor, ale to bardziej zabieg symboliczny.

Kolejny zeszyt zdobią na okładce nazwiska dwóch rysowników, którzy pozwalają na chwile odsapnąć Di Meo. Krótka zmiana rysownika oznacza dla serii już tradycyjnie retrospekcje, tym razem skupiające się na postaci Heckyla. Zwyczajowo poznajemy bliżej nie tylko samego bohatera, ale nadana zostaje mu pewna głębia. Podoba mi się zabieg z herbatą jako eliksirem. Zeszyt ten jest przede wszystkim o odkupieniu i poświęceniu. Zachęca nie tylko do czytania kolejnych odsłon serii, ale również do zapoznania się z serialem telewizyjnym, w której Heckyl występuje.

Kiedy po chwili przerwy wracamy do głównego wątku, nasi bohaterowie rozprawiają się z tyranią Praetora i zaczynają zmieniać cały świat planeta po planecie, pomagając i dodając nadziei. Pokazują, że istnieje inna droga, sami przy tym trenują i spędzają czas z nowymi towarzyszkami. Jest tutaj miejsce na przyjaźń, dobry żart i miłość. Wszystko po to, żeby pod nosem Power Rangers Praetor mógł zgładzić całą planetę. Nie bezpośrednio, złoczyńca niszczy pobliską gwiazdę pozwalając na śmierć całej cywilizacji. Tworzy to spory kontrast, uświadamiając nas o potędze przeciwnika i zmuszając bohaterów do rozwiązania problemu. Pojawia się też sygnał, gdzieś w tym już od dawna niepustym świecie znajduje się źródło mocy tak potężnej, że zdolne byłoby naładować przy pomocy Solarix nie tylko morphery, ale nawet Promethea. Nie tracąc czasu nasi bohaterowie udają się na planetę. Tanya stwierdza niemal natychmiast, że jest ona w całości zrobiona z kryształu Zeo.

  

Historia naprawdę pędzi nieubłagalnie, zróbmy więc może chwile przerwy na przybliżenie wspomnianego kryształu. Oczywiście kolejny zeszyt wspomina o jego nuklearnej potędze, ale to właśnie niewielkie ilości tego surowca sprawiały, że na przestrzeni historii rangerów dochodziło do wielu kluczowych wydarzeń. Sam Lord Zedd wygląda tak, a nie inaczej właśnie za sprawą kontaktu z kryształem, który w innym wypadku napędza moc Power Rangers Zeo. Co ciekawe miała to być moc nieskończenie rosnąca, sprawiając, ze to właśnie ta wersja rangerów mogłaby uchodzić za najpotężniejszą. Oczywiście moc ta po przekroczeniu pewnego limitu ponownie staje się nieokiełznana i potencjalnie zabójcza. Nasi bohaterowie stanęli zatem na całej planecie tego właśnie surowca.

Kolejny zeszyt napędza nam jeszcze bardziej spiralę emocjonalnych relacji w drużynie, przemieniając je w końcu w napięcia i nieporozumienia. Sama podróż przez całą Zeo krainę stanowi tylko tło i pretekst dla kolejnego psychicznego ataku Praetora. Jego ofiarą pada Mike, który chcąc chronić przyjaciół i miłość zabiera nowej towarzyszce Solarix. Doprowadza to do wydarzeń, które niczym domino rozbijają drużynę, powodują wrogość i w końcu rzucenie oskarżeń w stronę Androsa, który jako jedyny w tej sytuacji może mówić o szczęściu. W końcu w tym świecie przebywa z siostrą. Szczerze mówiąc trochę wszyscy powychodzili z ról i scenarzystka mocno naciągnęła tutaj postaci pod własną historię. Najdziwniejsze są ostatnie strony. Remi strzela do Androsa, trafia w Ari, a ta w łapy Praetora. Power Rangers rzucają się sobie do gardeł. Mam mieszane uczucia.

Zeszyt #38 stanowi przedostatni rozdział tej kosmicznej opowieści, serwując nam garść odpowiedzi na pytania, które mogliśmy stawiać w trakcie całej lektury. Przede wszystkim poznajemy historię Preatora i losów tej rzeczywistości, które bezpośrednio wiążą się z Zeo planetą. Sam antagonista był kiedyś mistrzem podobnym do tych, których spotkać można w centrum mocy. Zdając sobie sprawę z zagrożenia jakim jest owa planeta, postanowili oni oddzielić ją od pozostałych rzeczywistości, bo ta, w nieodpowiednich łapach, mogłaby doprowadzić do końca wszystkiego. Praetor miał jednak nadzieję, że uda się rozwiązać ten problem, a kiedy okazało się, że został w umierającej rzeczywistości na wieki, pragnął poklasku i wdzięczności, wykorzystując w tym celu tyraniczne metody. Świat ten miał nawet swoich Power Rangers, a Solarix siódmego spoczywa teraz w rękach Ari. Oczywiście Mike oddał jej artefakt, sprawiając, że cały finał poprzedniego zeszytu traci resztki sensu. Tym czasem Ellarien opowiada naszym bohaterom historię swojej rzeczywistości i dzieli się z nimi mocą rozbijając kryształ na siedem części. Powstali w ten sposób Solar Rangers wyglądają obłędnie. Stanowią połączenie nowego stylu kostiumu z własnym, a my dostajemy cały panel na podziwianie nowej drużyny. Rozwścieczony Praetor, który wciąż uważa się za zbawcę tej rzeczywistości przybywa z całą armią na ostateczne starcia. Przed nami finał Beyond the Grid godny Power Rangers.

  

W tym miejscu chciałbym ocenić Beyond the Grid. Przebrnąłem przez pełne spektrum opinii na temat autorów i samej opowieści i odzwierciedlają one w ogólnym zarysie to co sam czuje na koniec. Mieszane uczucia. Beyond the Grid to dobra opowieść z ciekawymi rangerami, dramatem w tle, zakrawająca wręcz na miano kosmicznej opery. Jest niestety jednocześnie miejscami płytka, nagina bohaterów do woli autorki, ale przede wszystkim pędzi za szybko. Ma ciekawego antagonistę, którego nie mamy czasu znienawidzić. On tam po prostu jest, choć zgładził na naszych oczach całą planetę o czym wszyscy zapomnieli. Beyond the Grid miało potencjał historii i bohaterów.

Ostatnia bitwa w tym świecie to starcie już nie tylko z armią, ale też z samym Praetorem. Walka na pięści szybko zostaje zastąpiona przez kosmiczne starcie statków latających, prowadzonych do boju przez Promethea. Bitwa ma epicki rozmach, a pewność siebie złoczyńcy, który wierzy, że rozbity Solarix nie połączy tej rzeczywistości z resztą uniwersum ulatuje, kiedy na scenę wkracza Megazord. Szkoda tylko, że najbrzydszy jakiego dostajemy od BOOM! Studios.

W martwym dotychczas świecie pojawia się w końcu nowe życie. Ari i Remi dzielą romantyczną chwilę, w której Remi staje się pomarańczową rangerką. Pożegnanie pełne jest nadziei. Nasi bohaterowie mogą wracać do domu, do swoich rzeczywistości. Tylko ta ogromna bryła Zeo kryształu nas nadal niepokoi.

Tak oto prezentuje się dziewięć zeszytów składających się na Mighty Morphin Power Rangers: Beyond the Grid. Jak już napisałem wcześniej, jest to opowieść z potencjałem, niestety niewykorzystanym w należyty sposób. Warto jednak sięgnąć po ten komiks dla niezwykłych bohaterów, których w takim składzie nie spotkamy nigdzie indziej. Nie traktujmy go jak zła koniecznego, które musimy przeczytać przed kolejnym etapem niezwykłych przygód oryginalnej drużyny. Na horyzoncie maluje się nam postać białego wojownika, który prowadzi do boju Power Rangers w odmienionym składzie po odejściu trzech członków zespołu. Przygotujcie się na prawdziwe „Zło Konieczne”.

Zanim jednak do tego dojdzie już teraz zapraszamy was do lektury serii GO GO Power Rangers i jej omówienia. Czekać będzie nas pewne kolorowe zawirowanie, ale najpierw z lekkim opóźnieniem wrócimy do szkoły.

Mateusz "Hawk" Cebrat

Kolejna odsłona It's Morphin Time! już za miesiąc!

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.