Avalon » Publicystyka » Artykuł

Naleśnikomania (vol.2) #4 Jak przestałem się martwić i znienawidziłem X-Men


Rozmowa ze znajomymi. Oboje to sporzy fani komiksów ale nigdy nie mogłem ich wciągnąć w Marvela. Dyskusja schodzi na Ms. Marvel. Oboje stwierdzają, że próbowali czytać tę serię. Przyjaciele powiedzieli im, że nie wymaga znajomości reszty świata Marvela. Słowa z którymi się zgadzam. Zawsze uważałem, że to jeden z tych komiksów, które są najbardziej przystępne dla nowych odbiorców. Moi rozmówcy mieli odmienne zdanie. Problemy zaczęły się bardzo wcześnie, gdy pojawił się Wolverine. A po nim Medusa, która z niezrozumiałego dla nich powodu miała swoje królestwo tuż obok Nowego Yorku. Ale akurat gdy Kamala została do tego miejsca porwana, Medusy tam nie ma. Jest jakiś dziwny rogaty facet. W międzyczasie się jeszcze Loki przyplątał. I agent Coulson. A potem pojawia się wielka planeta która ma się zderzyć z Ziemią. Na którym to etapie ta dwójka znajomych wysiadła.

To mnie zastanowiło. Uważam dalej, że G. Willow Wilson zrobiła najlepszą możliwą robotę w uczynieniu Ms. Marvel przystępną dla nowych fanów. Jednak moja perspektywa jest zakrzywiona tym, że ja sam jestem wieloletnim fanem. Dla mnie te wszystkie rzeczy są jak najbardziej zrozumiałe. Nawet jeśli sam nie czytałem komiksów o Loganie to obiło mi się o uszy, że stracił zdolność samoleczenia ran. Ale naprawdę nowy fan przeczyta choćby tyle i będzie w kropce. I by nie było, jedno z tych znajomych siedzi głęboko w Transformers z IDW. Pomimo crossoverów w tej franczyzie, które zresztą uważa za zbędne. Ale jeśli nawet Ms.Marvel ma problemy z przystępnością, co ma powiedzieć pewna inna linia? Przepełniona odniesieniami do komiksów sprzed dwudziestu lat i kolejnymi eventami?

Kiedy byłem dzieckiem moi rodzice nie chcieli mi kupować komiksów o X-Men. Batman, Spider-Man, Superman i G.I.Joe byli w porządku ale komiksy o mutantach uważali za głupie. Myślę, że już wtedy był to cykl niemożliwie hermetyczny i pełen nawiązań do siebie samego. O dziwo nie mieli problemu z serialem animowanym. Tak moimi wrotami do fandomu zostało X-Men: The Animated Series. We wczesnym wieku nastoletnim z kolei wciągnąłem się w X-Men: Evolution. Szukając o tym serialu na Internecie trafiłem na pewną stronę. Z dumnym sloganem. “Tutaj, wśród gwiazd jest nasza przyszłość. Tu możemy stworzyć dla siebie azyl. Tu...na Avalon”. Z pewnymi okresami przerw pozostaję związany z Avalonem od tego czasu. Obserwowałem jego przemianę ze strony tylko o X-Men w serwis ogólnomarvelowy.

Ostatnimi czasy jestem za tę przemianę dozgonnie wdzięczny. Bo wiecie co? Dochodzę do wniosku, że moi rodzice mieli świętą rację. Ja zacząłem nienawidzić X-Men.

Zanim przejdę do meritum, wyjaśnijmy sobie pewną rzecz, aby nie było nieporozumień. Jest wiele argumentów przeciwko X-Men. A przeciwko mutantom jako metaforze uciskanych mniejszości w szczególności. Niektórzy twierdzą, że nie ma ona sensu. Przecież mutanci dysponują zdolnościami czyniącymi ich nieraz bogami w ludzkiej skórze. Nawet tak relatywnie słaba mutantka jak Kitty Pryde mogłaby wejść do dowolnego budynku. Co ochoczo zauważył senator Kelly w pierwszym filmie o X-Men. Nic dziwnego, że ludzie się ich boją i nienawidzą. Inni z kolei zwracają uwagę, że nienawiść wobec mutantów nie ma sensu. Nie w świecie pełnym innych istot o nadludzkich zdolnościach. To nielogiczne, że ludzie nienawidzą mutantów ale nie przeszkadza im Fantastic Four.

Zawsze zastanawiało mnie czemu głosiciele obydwu tych przekonań nigdy nie wchodzą sobie w drogę. Czemu obrońcy X-Men nigdy nie próbują nawet poruszyć faktu że te dwa argumenty zdejmują się nawzajem. Owszem, mutanci mają potężne zdolności stawiające ich ponad zwykłymi ludźmi. Gdyby chcieli, mogliby unicestwić wszystkie ludzkie armie i podbić świat. Tak samo jak Thor. Wszystko, co potrafią mutanci, potrafi też spora liczba innych superbohaterów i superzłoczyńców. W tym kontekście nienawiść wobec mutantów rzeczywiście działa jako metafora na prześladowania mniejszości. Dwie osoby są zdolne do masowych zniszczeń. A ty tylko jedną tolerujesz. Twoje powody są skazane na bycie płytkimi. Strach przed Storm ale nie Thorem jest bezsensowny i głupi. Tak samo jak nienawiść oparta na kolorze skóry, religii, czy orientacji seksualnej.

I zanim podniosą się wiadome głosy, pragnę coś zaznaczyć. Jest wiele komiksów w których cywile pokazują jakimi potrafią być draniami wobec innych bohaterów. Ale z zasady są to wyjątki. Zazwyczaj to incydenty odbiegające od normy. Albo dotykają postaci jak Ben Grimm czy Mettle, którzy nie mogą znaleźć akceptacji z powodu swego wyglądu. Ale nawet wtedy są oni jedną osobą w grupie, z której pozostałymi członkami cywile zazwyczaj nie mają problemu. Nawet Spider-Man swoją złą reputację zawdzięczał wiecznemu obsmarowywaniu przez Daily Bugle. A dzisiaj ten element jest bardziej artefaktem, trzymanym tylko dla nostalgii.

Nie, to nie jest problem z ideą mutantów jako metaforą na mniejszości. Chcecie wiedzieć co naprawdę jest?

X-Men traktują członków prawdziwych mniejszości jak brud za paznokciami. Fani i autorzy zarazem tak zaplątali się w idei tej metafory, że stracili wyczucie dawno temu. Świetnie to ujął pewien z moich przyjaciół. Mutanci jako metafora to białoskóry Wolverine mówiący czarnoskóremu Luke’owi Cage, że nie wie co to oznacza być uciskanym. To nie jest nowy problem. Nawet Claremontowi zdarzyła się Kitty Pryde rzucającą “słówkiem na n” by pouczać czarnoskórego wroga mutantów.

Jednocześnie kiedy przychodzi do pisania członków jakiś mniejszości to X-Men od dawna wykładają się na całej linii. Fani, zwłaszcza na zachodzie, lubią się chwalić, jak to mutanci to metafora dla osób ze środowiska LGBTQ. Chwalą się, że ich fandom stoi dla nich otworem Ale historia franczyzy mówi co innego. Wystarczy spojrzeć na wrzask jaki podnieśli tak zwani fani kiedy Iceman okazał się gejem. Setki, jeśli nie tysiące narzekań, jęczeń, wyzwisk i analiz czemu nie może być gejem bo to, tamto i owamto w tym i tym zeszycie. Nieważne, że Fabian Nicieza przyznał, że chciano to ujawnić już w latach dziewięćdziesiątych, ale nigdy się nie udało1. To jest zresztą nie pierwszy raz. Grant Morrison próbował dać coming out story Beastowi tylko po to aby się z tego w pośpiechu wycofać. Wielu podejrzewa, że to wtedy miał miejsce niesławny incydent. Wiecie, gdy Bill Jemas dosłownie nawrzeszczał na niego przez telefon. Jaką wojnę musieli toczyć scenarzyści Alpha Flight z Jimem Shooterem, jest legendą. Na pewnym etapie Shooter kazał przepisać cały zeszyt. Tak aby okazało się, że sekretem Jean Paula jest nie homoseksualizm ale bycie...Elfem! Jak na ironię oryginalnie historia zakładała, że Northstar ujawni się jako gej i niedługo później umrze na AIDS. A Shooter interweniował bo był przeciwny przyznaniu, że jakikolwiek bohater Marvela jest homoseksualny2. Nawet w takim kontekście.

Nie, by miał do tego później wiele okazji. Przez pewien czas redakcja wydała wręcz zakaz wspominania otwarcie kto jest gejem. Doprowadzając do groteskowego numeru New X-Men. Był on osadzony po (krótkotrwałej) śmierci Northstara w innym komiksie. W tym zeszycie Karma próbuje pomóc jednemu z uczniów Jean Paula, który nie może się pogodzić ze stratą mentora. Uczniem tym jest Anole. Jest załamany bo stracił jedynego dorosłego, który naprawdę go rozumiał i zawsze służył dla niego oparcie. I przez cały zeszyt nie ma ani słowa o tym, że Anole jest gejem i rozmawia z lesbijką. Ani nawet o tym, że koleś którego opłakują też był gejem. To brzmi jak jakiś żart.

A skoro już jesteśmy przy tych postaciach. Czy wiedzieliście, jak miał wyglądać oryginalnie coming out Anole’a? Pod tymi samymi autorami którzy napisali powyższy numer? Miał spotkać się z odrzuceniem ze strony rówieśników i popełnić samobójstwo. I co gorsza, redaktorzy uważali, że to dobry pomysł. Tylko podpięcie New Mutants pod linie Tsunami ocaliło Victora. Samobójstwo uznano za zbyt drastyczne w imprincie dla młodszych czytelników3. Oczywiście czasy, gdy był dobrze pisany, minęły i dzisiaj jego charakter maltretuje Ed Brisson. Autor, który już był u mnie pod kreską za wepchnięcie nastoletniego Icemana z powrotem do szafy. A potem przeszło Uncanny. Gdzie napisał Victora jako nienawidzącego swojej mutacji i chcącego zostać uleczonym. Co nie tylko jest sprzeczne z tym jak był pisany wcześniej ale też nie zgrywa się za ładnie z ideą mutantów jako metafory osób LGBTQ. Mutanci mają symbolizować osoby homoseksualne, jak wielu fanów twierdzi. A robią z jednej z nielicznych postaci która jest mutantem i gejem kogoś kto nienawidzi samego siebie. To automatycznie robi z niego paskudny stereotyp przepełnionego odrazą do siebie geja. Brisson potem kontynuuje w beznadziejnym NextGen. Gdzie Bling i Anole istnieją tylko aby cierpieć pod uciskiem Nate Greya.

Tu chciałem zakończyć wspominanie o tej okropnej, beznadziejnej, odrażajacej miniserii. I wtedy zobaczyłem stronę z drugiego zeszytu NextGen. Gdzie Anole najnormalniej w świecie ćpa. "Gej-ćpun" to jeden z dwóch najbardziej rozpowszechnionych negatywnych stereotypów. Zaraz obok oskarżeń o pedofilię. To co najmniej nieodpowiedzialne od tak go powtarzać właściwie bez powodu. Tydzień wcześniej mieliśmy okropną karykaturę osoby transeksualnej w Apocalypse & the X-Tracts. NextGen skończyło się tym jak Anole zostaje terrorystą z powodu tego jakie to straszne być gejem. Mam wrażenie, że X-Men postanowiło wyjść mi naprzeciw i przyznać rację.

Można by usprawiedliwić zmianę nastawienia Victora. Choćby tym, przez jakie piekło on i jego rówieśnicy przeszli za czasów Kyle’a i Yosta. Da się pokazać, jak chłopak mógł uznać, że bycie mutantem to namalowanie sobie tarczy strzelniczej. Miał wiele okazji zobaczyć, że świat życzy im śmierci. A X-Men są zbyt niekompetentni aby ich bronić. Ale Brisson tego nie robi. Nikt w Marvelu nie chce w ogóle nawiązywać do New X-Men Kyle’a i Yosta. Wolą udawać, że te dzieciaki nigdy nie miały żadnych problemów i nie wiedzą, co to znaczy być X-Men. Bo wiecie, “prawdziwi” X-Men nie będą wyglądali na wspaniałych, większych od życia bohaterów. Nie, jeśli ktoś przypomni jak nie zdołali ocalić całego autobusu pełnego dzieci. Pod własnymi oknami. Naprzeciw ich frontowych drzwi. Zresztą, w przypadku Anole’a nikt nie pamięta nawet jakie ma moce, a co dopiero historię. Rysownicy nagminnie rysowali go bez zmutowanego ramienia. Z lenistwa. A redaktor Jordan White zamiast kazać im przestać powiedział, że jest historia co się z nim stało. Ale Victor nie obchodzi ich na tyle, by ją opowiedzieli. W Extermianted biedak ma nagle ogon i macki w ustach zamiast żabiego języka. Transformacja jaką przeszedł w Extraordinary X-Men została zapomniana. A kiedy ktoś zapytał o to White’a, ten pasywno-agresywnie kazał mu samemu wymyślić sobie wyjaśnienie4.

Tu chciałem przejść do omawiania Karmy ale… Znacie może taki skecz? Komik opowiada co zamierza odstawić na następnym występie. Opisując coraz bardziej potworne, okrutne i odrażające postępki. Po czym kończy ujawniając, że nazwa tego skeczu to Arystokraci. Idea zaczęła jako drwina z niemoralnej arystokracji. W dzisiejszych czasach tradycją wśród komików jest konkurs w wymyślaniu coraz gorszych potworności, każdy kończąc swą przemowę okrzykiem “Arystokraci!”. Ilekroć czytam życiorys Karmy to brzmi on tak jakby ktoś zaraz miał krzyknąć “ARYSTOKRACI!”.

Tutaj zapewne ktoś zapyta, co w tym złego. Przecież dobre historie opierają się na tym, bo bohaterowie pokonywali przeciwności. Ale jak to wygląda kiedy postacie LGBTQ tylko spotykają kolejne nieszczęścia? A do tego nigdy nie grają przewodniej roli, zazwyczaj będąc tylko częścią większej obsady i to nawet nie główną? Wygląda to tak jakby scenarzysta traktował ich mniej jak ludzi, którzy mają normalne życia pełne zarówno dobra i zła. A bardziej jak materiały dydaktyczne. Autor taki nie musi nawet być homofobem. Wielu pewnie uważa, że tak edukują innych heteroseksualnych. Ale bądźmy szczerzy. Jeśli "cierpiący gej" to jedyne co masz do zaoferowania? To redukujesz postaci tylko do orientacji. A ją równasz z cierpieniem. Dokładasz do pewnego stereotypu. Jaka to ironia, że tytuły jak Icemana i Shatterstara były przez pewne środowiska nazywane “propagandą”. Bo autorzy dali bohaterom życia pełne zarówno dobrych, jak i złych dni. Bo protagoniści mogą w nich wygrywać. Wszyscy marudzący woleliby pewnie by tytuły te pełne były rozpaczy i tragedii. A tymczasem właśnie to jest prawdziwa propaganda. Życie nie jest ani usłane różami ani wyłożone rozżarzonymi węglami. Bywa różne. Niezależnie od tego, z kim idziesz do łóżka. Dlaczego prawo do realistycznej historii mają mieć tylko bohaterowie heteroseksualni?

Mógłbym tak jeszcze długo. Na przykład o tym jak autorzy usilnie starają się nie przypominać, że zarówno Psylocke, jak i Mystique są biseksualne. Praktycznie piszą je, jakby były hetero. Albo o Bling, Mercury i nieporadnym sparowaniu ich przez Briana Wooda. Albo o Kyle’u, mężu Northstara który po ślubie niemal wyparował ze stron komiksów. Mógłbym zrobić też podobne wywody o przedstawianiu innych rodzajów mniejszości. Jest w czym wybierać. Od grania w jojo z niepełnosprawnością Xaviera. Do tego jak bardzo Grant Morrison spartolił Dust i inni autorzy musieli ją odratowywać. X-Men są przepełnieni bogatą historią porażek w kwestii faktycznej reprezentacji. Nie twierdzę, że są w tej kwestii gorsi od innych znanych marek. W Batmanie mamy aż cztery postaci biseksualnych kobiet. Których orientacja została ujawniona i szybko zamieciona pod dywan. I od tego czasu autorzy się raczej pobiją niż potwierdzą, że któraś z nich jest czymś więcej niż czystym hetero. Ale Batman nie ma fandomu który chwali się tym jak to jest franczyza o tolerancji i walce z uprzedzeniami. Z tego co widziałem fani gacka głównie, słusznie zresztą, narzekają, że on ciągle bije chorych psychicznie.


Mutanci byli kiedyś metaforą dla mniejszości. Ale czy my jej dalej potrzebujemy? Ona miała sens kiedy autorzy nie mogli umieszczać prawdziwych mniejszości w komiksach. Co nam da mówienie o nietolerancji za ich pomocą w Marvelu który ma postacie spotykające się z prawdziwą nietolerancją? Jeśli przedstawiciel jakiejś mniejszości szuka komiksu o kimś takim jak oni, nie polecę mu X-Men. Poszukam komiksu o tejże mniejszości i zapewne znajdę kilka dobrych tytułów. I parę z nich może być nawet o X-Men. Nawet w tej chwili jak najbardziej są dobre pozycje w tej franczyzie. Ale czego X-Men potrzebują to przestać traktować prawdziwe mniejszości jako rekwizyty. Mogę nazwać tylko dwie postaci przedstawicieli mniejszości, które dostają ważne role. To dwoje Żydów, Magneto i Shadowcat. I zanim ktoś spróbuje zaprzeczyć, wypominając ile razy już X-Men dowodziła Storm. Dziewięć na dziesięć razy rola Ororo sprowadza się do tego co to czarnoskóry szef policji w filmie akcji. Wiecie, ten który nie robi nic tylko mówi białemu protagoniście, że musi zacząć grać według reguł. A potem się nie odzywa gdy protagonista ratuje świat bynajmniej nie grając według reguł.

A i sami Magneto i Shadowcat nie są pozbawieni problemów. Kitty Pryde zdecydowanie za często była dawana w ręce scenarzystów którzy wyraźnie ślinili się do niej jako nastolatki. I to niestety widać. A Eric...Powiedzmy, że nawet jako dobrego gościa potrafią go spaprać. Wystarczy spojrzeć na House of X #1. Gdzie gra rolę Żyda który pojawia się na Bliskim Wschodzie i zachowuje jakby był tam szefem. Zabiera część ziemi mieszkającym tam ludziom z historią tracenia swoich własności. I każe im zaakceptować, że jego ludzie tu teraz rządzą. Nieważne jaką ktoś ma opinię o Izraelu, to brzmi antysemicko na wielu poziomach. No ale czego oczekiwać po autorze Black Monday Murders. Wiecie, tego komiksu o tym jak to źli Żydzi kontrolują gospodarkę na świecie za pomocą krwawej magii. Mam nadzieję, że nie muszę wyjaśniać czemu to może wywołać pewne pytania. Ale nie mam wiary w rodzimą edukację. Więc na wszelki wypadek, wygooglajcie “oskarżenia o mord rytualny względem Żydów” albo “blood libel”. Nie każę wam wskakiwać w królicza norę jaką jest pytanie googla o teorie spiskowe wedle których Żydzi rządzą światem z cienia. Dziewięć na dziesięć wyników jest od idiotów, którzy naprawdę w coś tak głupiego wierzą.

X-Men to kopalnia wspaniałych postaci z wszelkiego rodzaju grup etnicznych. Które głównie leżą odłogiem. Kiedy pojawiają się nieliczne komiksy próbujące to zmienić, niemal zawsze ktoś ukręca im łeb. Tak było z zeszłorocznymi Generation X i X-Men Red. Na których miejsce weszły beznadziejne eventy jak Extermination i Disassembled. Które bardziej obchodził recykling zużytych klisz i odwoływanie się do nostalgii. Nostalgia dusi tę franczyzę ot tak dawna że to nie jest już śmieszne. Edytorzy i scenarzyści X-Men żyją wspomnieniami o tym jak to kiedyś to X-men byli wielką marką i potęgą na rynku. Więc ciągle próbują na siłę wracać do tamtych historii. X-men od czasu odejścia Granta Morrisona, ostatniego który próbował zrobić coś nowego, wegetują. Wciąż próbują odgrzewać kotlety Claremonta z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych. Albo kotlety Jima Lee, Roba Liefelda i Scotta Lobdella z lat dziewięćdziesiątych. House of X jest w tej kwestii szczytem obrzydliwej ironii. Oto bowiem Jonathan Hickman przychodzi aby dać nam odgrzewanego kotleta z historii Morrisona. Tych samych historii których edytorzy Marvela nienawidzili. Tych samych historii które jak najszybciej odczynili kiedy odszedł. Minęło dość czasu aby i na nie zaczęli patrzeć przez różowe okulary i nagle dostajemy kolejnego odgrzewanego kotleta. Z ekstra nostalgią w formie entej powtórki z historii o narodzie mutantów i złej przyszłości z Sentinelami.

I niech mi nikt nie śmie odpowiadać na powyższy akapit z "Ale Moira!". Moira jest ostatecznym dowodem tego, że X-Men muszę przestać bać się przyszłości. Scenarzyści i edytorzy mają obsesję na punkcie "klasycznych" postaci. W imię nostalgii wciskają je wszędzie, nawet gdy to nie ma sensu. Nawet gdy wymaga to zdradzenia całej idei za tym bohaterem. Dlatego z Moiry, która zawsze miała być jednym z nielicznych ludzkich sojuszników X-men nagle robi się mutanta. Bo trzeba jej dać rolę bo jest "klasyczna". 

Ta sama nostalgia powoduje, że wciska nam się na siłę odmładzanie wersje starych bohaterów. Bo scenarzyści i edytorzy nie mogą znieść myśli, że ich ulubieńcy z dzieciństwa są teraz dorośli. A oni sami się postarzeli. Stąd też wciskanie na siłę X-23 w romanse z odmłodzonymi Cyclopsem, Angelem i najwidoczniej teraz też Cablem. Bo trzeba spróbować w taki sposób przekonać czytelników, że te zgredy są dalej "na czasie". To bardziej żałosne od 50-latka z deskorolką mówiącego "jak się macie, inne dzieci". Z tego samego powodu edytorzy odmawiają przywrócenia grup jak New X-Men. Oficjalnie dlatego, że taka seria nie przetrwa5. Jakby to miało znaczenie gdy wszystko jest zamykane i zastępowane serią nowych pierwszych numerów co 5 minut.  Ale będą pakować te postaci na siłę w tło byle były, zawsze z tyłu, zawsze gorsze od "klasycznych" X-Men. To dwulicowe podejście. Edytorial wie, że są fani tych postaci ale boi się dać im prawdziwą rolę. Więc umieszcza je jako wabik i liczy, że "udowodni" naiwniakom jak to bohaterowie ICH dzieciństwa są lepsi. X-Men to marka na wojnie z samą sobą. Boi się własnej "nowej krwi" i desperacko chce przyciągnąć jej fanów do swoich ulubieńców. A tych używa długo po upływie terminu ważności. Nieważne, że nie ma pomysłu, trzeba im dać rolę w świetle reflektorów. Nawet za cenę wypaczenia ich tak bardzo, że nie przypominają dłużej samych siebie. A wszystko przez obsesyjną nostalgię.

X-Men potrzebują mniej powrotów do przereklamowanego Age of Apocalypse. Mniej cyrku z rodziną Summersów i Loganem. Mniej rzucania całej rasy na krawędź wymarcia. Mniej mutantów poziomu alpha, omega i sagemode Madara Uchicha. Mniej zmieniania Rachel Summers w Hounda. A więcej historii o postaciach jak Karma, Surge, Trinary, Sunfire i Jubilee. Jak Bishop, Storm, Gentle i Oya. Jak Dani Moonstar i Warpath. Jak Sunspot, Rockslide i Velocidad. Jak Iceman, Shatterstar, Rictor,  Anole, Hindsight, Morph, Bling! i Mercury. Jeśli chcą się chwalić byciem metaforą na mniejszości to te mniejszości powinny być w centrum uwagi. A nie na pograniczach.

Ale patrzę na obecnie zakończoną serię Uncanny X-Men. Która zamordowała bezceremonialnie jedną z nielicznych postaci Marvela z Wysp Pacyficznych. Zamieniła Latynosa w starca nim jego też zabiła. Dała nam zseksualizowane samobójstwo niepełnosprawnej nastolatki. Wszystko tylko po to aby zmotywować dwóch białych facetów. W jednym tylko zeszycie. A potem zamordowała postać w sposób nawiązujący do prawdziwego problemu trans panic. Patrzę na cały event o tym jak to aseksualizm jest zły i nienaturalny. Patrzę jak Leah Williams i Seanan McGuire próbowały to zaadresować i zostały obrzucone wyzwiskami przez fanów. Patrzę na nowy Excalibur. Nawet komiks którego celem było dać miejsce na scenie Europejskim bohaterom jest teraz pełen Amerykanów. Bo sa bardziej “klasyczni i ikoniczni”. I jakoś wątpię, aby zmiana jakiej franczyza potrzebuje nastąpiła szybko.

Wiem, że tym tekstem nie narobię sobie przyjaciół. Ale nim zasypiecie mnie wyzwiskami, pragnę zapewnić, że nie mówię tego z okrucieństwa czy zawiści. Mówię to z troski. Chciałbym, aby komiksy o X-Men znowu były dobre. A główna linia tej franczyzy od tak dawna leży i kwiczy, że to aż smutne. Czasy się zmieniły. A X-Men zostali na własne życzenie z tyłu.


Przypisy:
1Readers were asking if Iceman was gay (or could we "make" him gay) 25 YEARS AGO! We talked about it at the time, but it just wasn't time yet. It's GREAT that such avenues can be explored now!” Fabian Nicieza, https://twitter.com/FabianNicieza/status/1079531763666440192?s=19, wyświetlone 06.03.2019
2https://www.cbr.com/comic-book-legends-revealed-551/, wyświetlone 06.03.2019
3https://www.cbr.com/comic-book-urban-legends-revealed-176/, wyświetlone 06.03.2019
4White pokasował te wiadomości ale tu macie dobre zestawienie screenshotów: http://newx-menfan.tumblr.com/post/182503158188
5“I think I would prefer them having their own team, but I don’t know that it would sell enough to keep it going at which point they have their own team no one is telling stories about.” - Jordan White “X-Men Monday Featuring Jordan D. White #18: Fan-Favorite Characters”, http://www.adventuresinpoortaste.com/2019/07/01/x-men-monday-featuring-jordan-d-white-18-fan-favorite-characters/, wyświetlone 21.08.2019


Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.