Avalon » Publicystyka » Artykuł

Komiksy i Polityka #1 Secret Origin


Moja pasja do komiksów zaczęła się od spaceru. Miałem może pięć albo sześć lat, moja mama często zabierała mnie na przechadzki. Któregoś razu przystanęła kupić coś w kiosku. Moją uwagę przykuł jeden z komiksów na wystawie. Na okładce ubrany na czarno ninja prowadził do ataku oddział w zimowych mundurach. Przekonałem mamę do zakupu. Tak oto stałem się szczęśliwym posiadaczem swojego pierwszego zeszytu G.I. Joe. Nie mogę powiedzieć czy to był pierwszy raz gdy zetknąłem się z franczyzą w ogóle, moja rodzina miała film nagrany na kasecie. Wiecie który, ten w którym Cobra Commander zostaje zamieniony w węża. Trudno mi dzisiaj powiedzieć, czy kupiłem komiks, bo kojarzyłem G.I. Joe z filmu. Czy też odwrotnie - oglądałem film bo miał bohaterów z komiksu.

W każdym razie, miałem szczęście. Mój pierwszy komiks stanowił kompletnie zamkniętą historię. Składał się z dwóch zeszytów z serii G.I. Joe: Special Missions, numer #14-15. Powitał mnie widok samolotu ostrzeliwanego przez...artylerię Chińskiej Republiki Ludowej. Jeden z żołnierzy zwraca uwagę na zachowanie dowódcy, który nazwał podkomendnych “głupimi wsiokami”. “Później złożę samokrytykę mojej antyludowej postawy a teraz ZESTRZELCIE TEN SAMOLOT!” Odpowiada tamten.

W samolocie byli oczywiście G.I. Joe. Zespół oraz agent Anderson z C.I.A. zostali wysłani z misją do małego kraju w Himalahajach, pod Chińską okupacją. Nazwa kraju to Chomo Lungma. Tylko jedna spacja odróżnia ją od Czomolungma, Tybetańskiej nazwy Everestu. Ten kraj to Tybet, tak bardzo jak tylko to możliwe by przemknąć pod okiem cenzorów. Misją nie jest bynajmniej powstrzymanie jakiegoś niecnego planu Cobry. “Bezwzględna organizacja terrorystyczna zdeterminowana rządzić światem” tu nie występuje. Joes mają pomóc w misji sprowadzenia do Stanów Cullena Esterhazy, byłego agenta C.I.A. . Został wysłany aby zbudować ruch oporu w okupowanym przez Chiny kraju i odmówił przerwania misji. Jego działania zagrażają delikatnemu pokojowi między Chinami a Stanami Zjednoczonymi. Esterhazy wyjaśnia, że mieszkańcom Tybetu we wszystkim prócz nazwy “odebrano kraj. Ich dzieci są zabierane by zrobić z nich socjalistycznych robotników a ich religia jest systematycznie niszczona, ich cała kultura unicestwiana”. Nie mógł ich porzucić tylko dlatego, że “prezydent wygnany za niepoprawne zachowanie dogadał się z martwym sekretarzem partii dwadzieścia lat temu”.  Staje się jasne, że zadaniem Andersona nie jest sprowadzenie Esterhazy’ego do stanów przez sąd, ale zabicie go. “Żaden Amerykanin nie musi słuchać nielegalnego rozkazu”, stwierdza Duke.

W komiksie jest niewiele miejsca na dwuznaczność. Strona której autor nie popiera jest pokazywana jako ta zła. Jedynym w miarę sympatycznym antagonistą jest pułkownik Peng. Chociaż wciąż bezwzględny dowódca, przyznaje się on nie popierać niektórych partyjnych decyzji. “Nie rozumiem i nie pochwalam” mówi o przesiedlaniu ludności. Krytykuje swojego sierżanta za złe traktowanie jeńców. Wydaje się on kimś zbudowanym na godnego przeciwnika dla Esterhazy’ego. Wyjątkiem od reguły. Komiks nie jest doskonały. Sam Easterhazy wpisuje się zdecydowanie za bardzo w archetyp “białego zbawcy” jak na moje gusta. Ale gdy byłem dzieciakiem odcisnął na mnie spore wrażenie. I mam do niego szacunek za to, że zdecydował się mówić, nawet jeśli używając innej nazwy, o okupacji Tybetu. Okupacji, która trwa do dzisiejszego dnia i na którą świat dalej pozwala w imię dobrych relacji z Chinami. Do dziś dzień historia pozostaje aktualna i poruszająca.

Czasy obecne. Jakiś osioł na tym czy innym forum wrzeszczy “pamiętacie kiedy komiksy nie były polityczne?”

Mój pierwszy zeszyt o Spider-Manie był o narkotykach. Nie stanowiły one głównej roli, to były zeszyty #32-33 serii Spider-Man, częśc druga i trzecia historii Zemsta. W której większym zagrożeniem od naładowanego sterydami Mistrza Zemsty był Punisher. Pewne słowa wciąż pozostały jednak w mojej głowie. “Jesteś tylko oprychem z gnatem.” Mówi Spider-Man spuszczając Frankowi Castle lanie. “A bez gnata jesteś niczym.”. Zastanawiam się jaki wpływ te słowa mogły mieć na mnie w młodości, jakoś nie byłem nigdy fanem broni palnej. Nawet w zabawkowych pistoletach wolałem kosmiczne lasery niż te udające prawdziwą broń. By nie było, wiele komiksów ze Spider-Manem z tego okresu poruszało temat tego, czy bohaterowie powinni zabijać. Te metody popierali Punisher i Venom w Maximum Carnage. Spider-Man zawsze był po przeciwnej stronie. Nie wszystkie z tych komiksów uważam za dobre. Ale obecnie rozumiem jakie znaczenie ma ta dyskusja. I jak ważne jest aby komiksy zabierały w niej głos.

Kwestię narkotyków poruszył jeden z dalszych numerów Polskiego Spider-Mana. Zbiór numerów the Amazing Spider-Man #383-385. Tym razem pod ich wpływem znalazł się sam główny bohater, naszprycowany przez grupę zwaną Przysięgłymi. W tym stanie łatwiej było przekonać go, że ponosi winę za stworzenie swoich dwóch wrogów, Venoma i Carnage’a. Oraz, że jedynym sposobem na odkupienie jest pomóc Przysięgłym zdobyć broń, która wyeliminuje ich raz na zawsze. Na szczęście główny bohater wyrywa się spod wpływu narkotyków i pokonuje Przysięgłych. Jednak to nie dlatego komiks zapadł mi w pamięć. Powodem była ostatnia scena. Peter zabiera Mary Jane na wizytę u starego znajomego - Nicka Katzenberga. Katzenberg, czego jako dziecko wiedzieć nie mogłem, był wieloletnim rywalem Parkera. W tym zeszycie widzimy go jednak w innej roli. Przykutego do łóżka szpitalnego. Nick ma raka płuc. Takie zderzenie z rzeczywistością jest tym, czego Mary Jane potrzebowała aby przestać palić. Przynajmniej do czasu. Wątek uzależnienia powracał w kolejnych numerach wielokrotnie. MJ wiedziała, czym jej to grozi ale zerwanie z nałogiem wcale nie jest takie proste. Osobiście nie palę. Właśnie dlatego, że widziałem przez kolejne zeszyty jak trudno było MJ się wyrwać z tego uzależnienia.

Wracamy do teraźniejszości. Jakaś głupia koza na Youtube wrzeszczy “paaamięętacie jaaak kooomiksy nieeee byyyyły pooolityczne?”

Nie miałem okazji czytać wielu komiksów z Supermanem jako dzieciak. Trafiły jednak w moje ręce kopie paru zeszytów. Jeden z nich zawierał Action Comics #689 oraz Superman; the Man of Steel #24. Wielki pojedynek pomiędzy dwoma z czterech samozwańczych następców zmarłego Supermana. John Henry Irons alias Steel i Eradicator alias Ostatni Syn Kryptonu. “Chcesz bym uwierzył, że jesteś Supermanem?! TO ZACHOWUJ SIĘ JAK SUPERMAN!” Wykrzykuje John Henry, spuszczając przeciwnikowi łomot. “Prawnik próbował nam obu wręczyć wezwanie do zaprzestania używania imienia Supermana. Spaliłeś papiery! Próbowałeś spalić prawnika! SUPERMAN TAK NIE POSTĘPUJE! (...) Co teraz zrobisz? Spalisz mnie? Spalisz wszystkich noszących jego tarczę, póki będziesz jedyny?! Nie mogę ci na to pozwolić. To by zhańbiło symbol, który nosisz.” Nie jest to tylko kolejny konflikt pomiędzy tradycyjnymi bohaterami a tymi, którzy chcą być sędzią, ławą przysięgłych i katem. Eradicator stawia się ponad wszelkim prawem. Wierzy, że jako nadczłowiek (innymi słowy: Superman) może sam fedrować wyroki i unicestwić każdego, kto mu się sprzeciwi. Steel jest tym słabszym w tej walce i wygrywa czystą determinacją. Siła nie jest po to, aby móc się wyżywać na słabszych, ale by ich chronić. Lekcja dla każdego, kto myśli o nadużywaniu władzy. Podana w sposób, który nawet dzieciak mógł zrozumieć.

Oczywiście, można też inaczej. Spawn #5, w Polsce wydany wraz z następnym numerem w trzecim zeszycie przygód tego antybohatera. “Ty krzyczysz, ja krzyczę, wszyscy krzyczymy o lody”. Tak podśpiewuje Billy Kincaid, seryjny morderca dzieci, gdy wychodzi na wolność. Al Simmons nie jest z tego zadowolony. W dawnym życiu został wynajęty do sprzątnięcia Kincaida przez senatora, któremu ten potwór zamordował córkę. Ale spóźnił się, policja była pierwsza. Ale Kincaid nigdy nie dostał zasłużonego wyroku, dowody zaczęły jeden po drugim znikać. Jest zasugerowane, że kryli go przeciwnicy polityczni senatora. Odkrywszy, że Kincaid znowu zabija, Spawn bierze sprawy w swoje ręce. Nie dla niego skorumpowane sądy i polityczne gierki. Zwłoki Billy’ego zostawia z przybitą kartką. “Chłopcy krzyczeli. I dziewczynki krzyczały. Więc sprawiłem, że krzyczał i krzyczał i krzyczał.”

Wróćmy jednak do Supermana. Adventures of Superman #514, wydany w Polsce samodzielnie. Lex Luthor wyzwala gaz wywołujący halucynacje, każdy widzi swoje największe lęki. Pomijając kilku typowych jegomościów, jak koleś który boi się wampirów i wilkołaków, jest to numer pełen poważnych tematów. Żołnierze widzą komunistów i partyzantów Wietkongu. Profesor Hamilton staje przed strachem, że rozwój technologiczny zostawi go w tyle. Wreszcie, starszy pan który atakuje żołnierza z nożem. “Nie zabierzecie mnie do obozów koncentracyjnych” wykrzykuje mężczyzna. Wizję ukazują mu Nazistów. A on ocalał z Holokaustu. Nawet jako dzieciak mogłem odczuć wagę tej sceny. Jednak to powód dla którego Luthor to zrobił ma szczególnie mocny wydźwięk, zwłaszcza w dzisiejszych czasach. “Chciał wzbudzić w ludziach strach, że to miasto nie przetrwa bez niego”, jak ujął to Superman. I wydaje się to logiczne. Ludzie pobiegną do każdego tyrana, jeśli postawi przed nimi efektownego straszaka. Przykładów nie trzeba szukać daleko

Współczesność. Jakiś baran na Twitterze pyta się “Pamiętacie jak komiksy nie były polityczne?”. Żałuję, że nie mogę spojrzeć mu w oczy i powiedzieć jakie słowo ciśnie mi się na usta.

Nie.

Do jasnej cholery, nie pamiętam. Komiksy były polityczne od zawsze. A jeśli ktoś twierdzi inaczej, to tylko znaczy, że ich przesłanie przeleciało mu nad głową. Albo, że, jak to zwykli ujmować znajomi z czasów mojej młodości, c***ja czytał. Nie wiem czy jest sens edukować taki ludzi. Co drugi z nich mówi w złej wierze. Już wbił sobie kłamstwa do głowy i wyłączył zdolność samodzielnego myślenia. Cokolwiek mu powiesz, będzie szedł w zaparte jak zwierzęta do których go przyrównałem. To nie do takich ludzi chcę trafić. Ale ci niezdecydowani? Normalni ludzie? Którzy nie mają takiej obsesyjnej wiedzy o komiksach co jakiś pozbawiony życia frajer jak ja? Oni zasługują aby mieć pełny obraz. Najlepiej podany w przystępny sposób, bez potrzeby grzebania w setkach zeszytów.

Tak. Myślę, że to dałoby się zrobić.

Witam w mojej nowej serii. Komiksy i Polityka. Przygotujcie sobie kubek kawy. Usiądźcie wygodnie. Nie przejmujcie się homunkulusem rosnącym w kącie. Wykład czas zacząć.

Avalon marvelcomics.pl jest nieoficjalną stroną poświęconą komiksom wydawnictwa Marvel.
Prawa autorskie do wszelkich postaci i grafiki - o ile nie napisano inaczej - należą do firmy Marvel i jej podmiotów.
Wszelkie materiały oryginalne © 2002-2019 Avalon marvelcomics.pl Kopiowanie tekstów bez zgody autorów jest zabronione.